Do księgarń artystycznych w całym kraju trafiła już książka poświęcona działaniom Grupy Sędzia Główny, którą tworzą Aleksandra Kubiak i Karolina Wiktor,
wydana przez Galerię BWA w Zielonej Górze. Obok dokumentacji performance’ów artystek i szczegółowego kalendarium w książce znajdą się również teksty
Wojciecha Kozłowskiego, Karola Sienkiewicza, Ewy Tatar, Piotra Rypsona, Marii Rubersz i Małgorzaty Ludwisiak. Książka pod redakcją Karola Sienkiewicza.

książka Grupa Sędzia Główny

--
The art bookshops throughout Poland have been updated with the recent publication on the performing Chief Judge Group - Aleksandra Kubiak and Karolina
Wiktor, published by BWA Gallery in Zielona Góra. It includes the documentation and the detailed calendarium of the performances and the texts by Wojciech
Kozłowski, Karol Sienkiewicz, Ewa Tatar, Piotr Rypson, Maria Rubersz, Małgorzata Ludwisiak. Edited by Karol Sienkiewicz.
dizajn / design noviki

 

Poniżej publikujemy pochodzący z publikacji wywiad z artystkami >>

AK: Nazywam się Aleksandra Kubiak, mam 30 lat. Moja mama miała na imię Małgorzata, mój tata ma na imię Bogdan. Pochodzę z małej miejscowości Olszyna.

KW: Nazywam się Karolina Wiktor, mam 29 lat. Mój ojciec ma na imię Leon, moja mama – Jolanta. Pochodzę z Konina.

Często używacie tych słów, jakby wyjętych z formularza, w trakcie performance’ów. W gruncie rzeczy nic mi to nie mówi. Z kolei dla was zdaje się znaczyć bardzo wiele

AK: Formułka powstała do performance’u dyplomowego. Byłyśmy ucharakteryzowane na lalki. Każda lalka miała swoją pamięć. Formułka spełniała swoją rolę w konfrontacji z komisją dyplomową. Na pewne pytania nie padała odpowiedź, lecz mówiłyśmy: „Nazywam się Aleksandra Kubiak, bla, bla, bla... nie mam wpisanej w pamięć odpowiedzi na twoje pytanie”. Potem używałyśmy tego na terenie sobie obcym, takim jak teatr czy telewizja. Background rodzinny jest trudny, ale też bardzo ważny. Niektóre nasze prace wynikają ze związków rodzinnych. Dlatego też pojawiła się ta formułka. Temat rodziny, od mam, przez babcie, po tatę mocno przerobiłyśmy i przerabiamy nadal.

Na ile ważne są w waszych performance’ach elementy, o których nie wie przeciętny widz?

KW: Są performance’y mocno osadzone w naszej intymności, ale ta wiedza dla ludzi jest zbędna. Na przykład performance, w trakcie którego leżałyśmy w lodzie, był związany z chorobą mojego ojca. Czasem nie jesteś w stanie zrobić nic innego, jak odpowiedzieć na to, co się z tobą dzieje tu i teraz. To kwestia uczciwości wobec samej siebie. Czułabym się źle robiąc w tym momencie inną pracę, nie fair wobec swoich emocji. Mój tata był bardzo chory, właściwie znajdował się na granicy śmierci. W dniu naszego pokazu w Galerii Galera dowiedziałam się, że on prawie mi umiera. Miałyśmy zrobić zupełnie inny performance. W takich momentach uświadamiasz sobie, że nie jesteś w stanie zrobić performance’u, który będzie odpowiadał na to, że to akurat setna wystawa w tej galerii, bo mamy jubileusz. W dupie mam wtedy ten jubileusz. Moja głowa jest gdzie indziej. Chcę się zahibernować, chciałabym jego zahibernować.

AK: Ojcu Karoliny praktycznie odejmowało nogi, nie mógł chodzić. Przyszło nam do głowy działanie związane z krwioobiegiem. Nie byłyśmy całe zanurzone w lodzie, tylko te partie, które u niego mocno niedomagały. Pomysł na ten performance powstał siedem godzin przed pokazem. O 10 rano dowiedziałyśmy się, że Karoli ojciec może nie dożyć do następnego dnia. Nie chciałyśmy być bezczynne. Takie działania da się odebrać na różnych poziomach. Można znać tę historię i otwiera ona nowe pole interpretacji tego performance’u, ale nie trzeba też o tym wiedzieć.

 
   

 

 

Gdy wspominacie o niepłodności, chorobie czy śmierci, to nie są to sprawy emocjonalnie neutralne. Ich opublikowanie może być uznane za naruszenie waszej prywatności.

KW: Jest w tym element tabloizacji uczuć, ale czasem warto o tym wspomnieć, gdy nasze działania mają takie podłoże. Czy o performansie w Raciborzu mam powiedzieć, że powstał, bo zainspirował mnie pomnik? Ok, podobał mi się, ale to nie była pierwsza idea, która zbudowała performance. Przyczyna była inna – śmierć mamy Oli.

AK: Zmarła moja mama, a niecały rok po niej dziadek. Performance w Raciborzu odbył się kilka dni po jego śmierci. Hasło, które było wyświetlane na pomniku – „Gdziekolwiek jesteś, jestem z tobą”, przyszło mi do głowy na jego pogrzebie.

W ten sposób odreagowujecie?

KW: Sztuka ma działanie terapeutyczne, nie można się przed tym bronić. Czasem coś tak głęboko w tobie siedzi, że spojrzenie z innej strony wydaje ci się niemożliwe, a jak zrobisz o tym performance, to sprawa zaczyna nabierać nowego wymiaru.

AK: To nie jest tylko odreagowywanie, my tego tak nie postrzegamy. Mówimy o pewnej strefie wrażliwości, odczuwaniu. Uczucia są tak naprawdę bardzo uniwersalne, ludzie czują podobnie. My mamy możliwość mówienia o nich w formie sztuki. Performance w Raciborzu nie był czystym odreagowaniem. To było dla mnie pożegnanie mamy i dziadka, którzy odeszli. Nie do końca oczyściłam się przez obrządek, w którym zostali pochowani. Stworzyłyśmy własny rytuał ich pożegnania, rytuał pamiętania o tym, że ludzie nie zawsze są koło ciebie.

Z niektórych performance’ów wynikałoby, że targają wami bardzo silne emocje.

AK: Na pewno potrafimy doprowadzić się do pewnej granicy odczuwania. Im dłużej ze sobą pracujemy, tym bardziej ta granica jest przesuwana. To odczuwanie cielesne, ale też emocjonalne. Czasami dochodzi między nami do tak silnego napięcia emocjonalnego, że jest ono praktycznie nie do wytrzymania.

Jak to jest, że robicie performance, który dotyczy choroby ojca jednej z was, a druga też w nim bierze udział?

KW: Nie wiesz, bo nie zapytałeś, dlaczego zaczęłyśmy ze sobą pracować.

Do tego zmierzam.

KW: Ale jakoś okrężnie. Nie wiem, czy zdarzyło ci się coś takiego w życiu, że spotkałeś na swej drodze człowieka i nagle uświadomiłeś sobie: „Ja pierdolę, spotkałem swoją drugą połowę”. Ale nie w sensie seksualnym... (słodka tajemnica wiary), tylko mentalnym. Nagle trafiasz na kogoś i uzmysławiasz sobie, że ta osoba rozumie cię bardziej niż ktokolwiek inny.

AK: Dlatego robimy projekty, które potrafią dotyczyć cierpienia jednej z nas. Gdy jedna z nas płacze, druga jej wysłuchuje. To typowo babskie, jest w tym duży pierwiastek kobiecości. A że mamy też podobne spojrzenie na sztukę, to potrafimy to opisać, przekuć na obraz.

KW: Złapałyśmy się na tym, że bardzo podobnie myślimy, nawet w pewnym momencie zaczęłyśmy robić bardzo podobne performance’y. Dlaczego nie spróbować ze sobą? Albo się pozabijamy, albo się wzmocnimy. Gdy zaczęłyśmy razem pracować, nagle nasza siła się podwoiła. Artyści zazwyczaj bronią się przed wspólnym myśleniem, panuje kult indywidualizmu.

W którym momencie nastąpiła decyzja, że już nie będziecie pracować osobno?

AK: Mniej więcej rok przed dyplomem, około 2003 roku. To była świadoma, mocna decyzja.

KW: Wcześniej to była gra z materią, z konwencją, wykorzystanie siebie nawzajem.

Pokochałyście się od pierwszego wejrzenia?

KW: Nie, na początku się pokłóciłyśmy.

AK: Przespacerowałam się po rysunku Karoliny na egzaminach wstępnych.

KW: A ja się wkurwiłam.

AK: Podejrzewałam ją o plagiat mojej pracy.

KW: Ja byłam tym mocno zdziwiona, chociaż te prace były podobne do siebie.

AK: Przez miesiąc się nienawidziłyśmy, ale to trwało tylko miesiąc.

To też „babska sytuacja”.

AK: Nazywam te sytuacje babskimi, kobiecymi, bo obie jesteśmy kobietami, ale one się mogą przytrafić i między mężczyznami, i między kobietą a mężczyzną. Po prostu ludziom się takie sytuacje zdarzają.

KW: Przekułyśmy babskie pogaduchy na fabrykę sztuki.

 
   


„Szepty” to babskie pogaduchy?

KW: Nie.

AK: „Szepty” są stricte związane z naszymi intymnymi kontaktami z ludźmi. Pierwsze powstały, gdy miałyśmy kryzysy w związkach z facetami. Taki duży, szlachetny kryzys. W „Szeptach” nie chodzi o to, by ktoś podszedł i słuchał, ale by ruszyć czyjąś wyobraźnię. Wchodzisz do pomieszczenia i widzisz dwie półnagie dziewczyny, które coś sobie szepczą... Chodzi o emocje, o napełnianie przestrzeni emocjami.

Natężenie emocji na metr sześcienny?

KW: Tak. Ten performance wywołuje bardzo dziwne reakcje u publiczności. Są jakby wciśnięci w ścianę.

AK: Wchodzi 50 osób, ustawiają się pod ścianą i patrzą się na nas przez godzinę, a my w tym czasie siedzimy i do siebie szepczemy. Może parę osób wyjdzie, ale reszta stoi.

KW: Jeśli ktoś do nas podchodzi, to najczęściej jacyś wariaci.

AK: Jest też sfera dźwięku, który pozwala nam się wyciszyć.

KW: Czasem wprowadzamy się w stan, który jest bliski medytacji.

Macie umiejętność narzucania publiczności waszych emocji?

KW: Tak, wydaje mi się, że tak. Są tacy, którzy nie reagują. Niewrażliwi też chodzą po ziemi.

 
   

 
Od razu niewrażliwi?

KW: Tak, to są zazwyczaj ludzie zamknięci emocjonalnie na innych.

AK: Są też tacy, którzy obrażają się na to, co robimy. Jeśli nasze performance’y rozpatrywać tylko w sferze gestu czy czynu, to rzeczywiście są one irracjonalne i niewarte uwagi.

KW: Czym są dwie kobiety leżące w lodzie, na chłopski rozum? Dwiema idiotkami leżącymi w lodzie. Po cholerę one tam leżą?

Zdarzały się przypadki niesienia wam pomocy.

AK: Gdy widz przychodzi do galerii, to wie, że tam nie może się wydarzyć nic złego. Nawet gdy stoimy zapakowane w folię, podduszając się, to i tak oglądając nas masz świadomość, że to jest galeria, różne dziwne rzeczy się tu dzieją, ale dyrektor galerii nie pozwoli sobie na to, by one mu tu umarły czy zrobiły sobie trwałą krzywdę.

KW: Ale czasami emocję biorą górę.

AK: Tak było w performansie, gdy stałyśmy zawinięte w folię w tubach. Ludzie najpierw podchodzili do Wojtka Kozłowskiego i mówili: „Musi pan to przerwać, one zrobią sobie krzywdę”. Kozłowski odpowiadał: „One są odpowiedzialnymi artystkami, nie będę przerywał ich działania. Chcesz, to zrób to sam”. I rzeczywiście wywiązała się taka reakcja.

A na dworcu w Głogowie?

KW: To był performance, który nie odbywał się w bezpiecznej przestrzeni galerii. Bardzo lubię takie sytuacje. Wtedy masz żywe reakcje publiczności, w dodatku w dużej mierze przypadkowej. Jak ten facet, który był podróżnym, właśnie wyszedł z pociągu i nagle zobaczył dwie kobiety, które na czworakach zbierały śmieci, wkładały je sobie za rajstopy i pluły wódką. Dla niego było to niedorzeczne i wstrętne. Po prostu zareagował. Lubię, kiedy ludzie wchodzą z nami w interakcje. Nie jesteśmy muzealnymi obiektami, których nie można dotknąć. Nasze performance’y polegają na wymianie.

Skąd wzięły się akcje, w których publiczność decyduje, co robicie?

KW: Było kilka powodów. Po pierwsze, lubimy sztukę, którą można ugryźć, połknąć i – w cudzysłowie – zrobić kupę. Po drugie, wzięło się to z przekory. Mówiono nam, że robimy coś nie tak, że powinnyśmy inaczej. Że coś jest za długie albo za krótkie, srakie albo owakie. Nagle wszyscy wkoło stali się specjalistami od performance’u. Z premedytacją powiedziałyśmy: „Skoro wiesz, to zrób. I doświadcz mnie”. Ten tytuł też jest przewrotny, bo „Doświadcz mnie” może oznaczać zarówno „naucz mnie”, jak i „doświadcz mnie, Karoliny, i sprawdź, jaka jestem”.

AK: Od początku towarzyszyła nam myśl, że ten performance świetnie nadawałby się do telewizji, ale wtedy byłyśmy jeszcze studentkami, ocenianymi głównie przez znajomych. Brali nas za dziewczęta, które się po prostu rozbierają. Słyszałyśmy na przykład takie opinie: „Dlaczego się rozebrałaś, skoro mogłaś to samo zrobić w garsonce?”

Wiele rzeczy robicie z przekory?

AK: Tak, oczywiście.

KW: Czasami to jest przekora wobec zastanego kontekstu, czasami wobec nas samych, czasami to przekora wobec sytuacji, z którą się zderzamy. „Beznadziejniki” też wynikają z przekory. Zdecydowałyśmy się na ten cykl po pierwsze – dla odreagowania, po drugie – jako próbę odczarowania samych siebie w oczach swoich, ale też w oczach innych osób. To naprawdę wymaga odwagi, by zrobić coś beznadziejnego.

AK: „Dwie małe rybki” były z pewnością przejawem przekory.

Wtedy ewidentnie strzeliłyście focha.

AK: To nie był po prostu foch, ale zaznaczenie pewnej sytuacji. Nie potrafiłyśmy się wbić w strukturę festiwalu. Jak sobie wymyślimy, by performance trwał sześć dni, to staniemy na głowie, by tak było, by to zrealizować. Jak ktoś próbuje nas ograniczyć do 20 minut, to pokazujemy dwie małe rybki.

KS: Jaki jest wasz stosunek do festiwali performance?

KW: No i teraz wyjdzie... Ja uważam, że obecnie to niestety kółko wzajemnej adoracji i okropnie wtórne środowisko.

AK: Performance z założenia był sztuką, która nie miała żadnych ram. Opowiadał o procesie twórczym, dokonywaniu się dzieła. Fakt, że performerzy uprawiają sztukę głównie na festiwalach performance, sprawia, że zamykają się w tych ramach. O ile performance pierwotnie wynikał ze zmęczenia barierami innych dziedzin sztuki, o tyle teraz brak obcowania z innymi formami go ujednolica. Nie mówię, że tak mają wszyscy...

KW: Kiedy widzę kolejne performance’y następujące po sobie na festiwalu, zaczynam się nudzić. Nie ma emocji, jest nuda. Dlatego na jednym z festiwali toczyłyśmy mecz bokserski w przerwach między innymi wystąpieniami.

Wygląda na to, że przekora leży w waszej naturze.

KW: My jesteśmy przekorne. Jesteśmy takim trudnym, podwójnym bytem.

Chcą bym rodziła dzieci, to urodzę im jajko.

KW: Zbytnio upraszczasz, ale tak to mniej więcej działa.

AK: Performance z rodzeniem jajek nie wynikał z przekory. Na Wybrzeże przypłynął wtedy statek - klinika aborcyjna. Obrzucono go jajkami. Społeczeństwo mówi: „Jesteś kobietą, ale nie możesz zdecydować, czy chcesz to dziecko urodzić, czy nie”.

KW: Drugą inspiracją do tego performance’u był japoński film „Imperium namiętności”. Para kochanków, głównych bohaterów bez przerwy uprawia seks, aż do śmierci. W jednej scenie on jej wkłada jajko do cipki, ona mu je rodzi, a on je zjada. To był właściwie film pornograficzny, w tym samym czasie pokazywany na festiwalu filmów porno w Amsterdamie i na festiwalu w Cannes. Świetny przykład, jak porno może wejść na wielki ekran. I klasyka kina.

Karolina, opowiedz o swojej fascynacji porno.

KW: Nie wiem, od czego mam zacząć...

Od pierwszych doświadczeń.

KW: Bardzo szybko to poszło, jeszcze w liceum.

To twoim zdaniem wcześnie?

KW: Jak na dziewczynkę, która przez dłuższy czas była nieśmiała i pozamykana w sobie, było to wcześnie. Fascynacja pornografią łączy się z uwielbieniem seksu, seksu jako przyjemności, seksu jako rozpasania, seksu jako rozwiązłości. To fascynacja ludzką seksualnością w ogóle. Potem zaczęłam dużo czytać na ten temat, zastanawiać się, jak pornografia wpływa na zachowania społeczne. Obostrzenia prawne zepchnęły pornografię do obszaru niewidocznego. Porno jest jednocześnie ogromnym biznesem, bardzo rozbudowanym i dostarczającym szerokiej masie ludzi przyjemności.

Co tobie daje pornografia?

KW: Na początku to było poznawanie siebie, swoich fascynacji. Interesuje mnie człowiek wobec swych perwersji, do czego potrafi się posunąć. Bardzo interesuje mnie zoofilia, totalne zezwierzęcenie. Na filmie Borowczyka „Bestia” małpa gwałci kobietę. Widziałam go na wystawie „Ukryty skarb”, byłam zachwycona. Ten film był naprawdę podniecający. Poza tym oglądam new porn, bardzo lubię nowe porno cyberpunkowe, gdzie jest dużo lateksu, a akcja często ma miejsce w industrialnej przestrzeni.

Ciebie, Ola, też to kręci?

AK: Nie nazwałabym tego fascynacją, po prostu to lubię. Miałam bardzo ładny początek z filmami porno. Gdy miałam jakieś 10 lat, podebrałam rodzicom bajkę rysunkową, gdzie Jaś i Małgosia harcują w lesie.

Wasze performance’y was podniecają?

KW: Był jeden performance, który mnie w pewien sposób bardzo podniecił – „Wenus”. Dla widzów chyba też był podniecający. Nie podnieca mnie to jednak w sensie dosłownym, że zaczynam mieć mokro w majtkach i staje mi łechtaczka.

AK: Robiłyśmy „Wenus” w Fabryce Trzciny, dostałyśmy tam nagrodę. Na gali było mnóstwo starszych panów. „Wenus” kończy się tym, że wychodzimy z muszli i wchodzimy między publiczność, całujemy się z nimi itd. Ci panowie po prostu rozklejali się pod dotykiem młodych dziewczyn, na które przed chwilą patrzyli, jak stoją w muszli, całują się i dotykają.

KW: Wtedy były niedostępne, były wyłącznie obiektem do oglądania.

AK: Ale mamy też fana w Zielonej Górze, starszego pana, który usilnie upraszał nas o dokumentację do wglądu osobistego.

Dostał?

KW: Oczywiście, że nie dostał. „Furie” też wywołały w niektórych mężczyznach spory zachwyt. Pewną formę podniecenia wywoływała sytuacja na planie w panach uczestniczących w filmie, czyli policjantach. Nas to też strasznie kręciło. Wiesz, jakie to fajne uczucie, gdy stajesz przed szpalerem policjantów z batogiem w ręku? Bardzo przyjemne.

Dyrygowałyście nimi?

AK: Mieli swojego dowódcę, któremu przekazywałyśmy polecenia.

KW: Panowie na samym początku patrzyli nam tylko na tyłki i na cycki. Byli przygotowani, że będą uczestniczyć w jakimś filmie, ale nie mieli zielonego pojęcia, że nagle pojawią się przed nimi panienki w obcisłych czerwonych kombinezonach. Jak mieli na to zareagować? Generalnie wszyscy patrzyli na tyłek Kubiaka.

Ważne jest, jak wyglądacie?

AK: Przecież wiesz, że mamy po kilka par peruk, zestawy pończoch, a przed każdym performance’em idziemy do sklepu z bielizną kupić nowy staniczek. To ważne, tym bardziej, że niektóre performance’y mówią o kształtowaniu wizerunku lub też opresyjnym działaniu na wizerunek.

Operujecie seksem?

AK: Operujemy kobiecą seksualnością.

KW: Tak, jestem bardzo świadoma swego seksu. Wiem, w jaki sposób go pokazać, ale wiem też, z czego zrezygnować, by się go wyzbyć. Muszę być świadoma, czego się pozbywam. To lata doświadczeń. Umiejętności podrywu, łóżkowe, przetworzone, przemielone, doczytane w „Architektonice romansu”. Ale czasami nasze działania były przegięte w stronę antyseksualności. Trzeba mieć świadomość swoich zachowań i pójść o krok dalej.

A sam fakt rozbierania się? To już nie jest subtelne uwodzenie widza, a raczej końskie zaloty.

KW: Ostatnio odbył się proces dziewczyny, która opalała się topless nad Zalewem Szczecińskim. W rozmowie z dziennikarzami powiedziała: „Może w takim razie zbudować jakieś specjalne staniczki dla mężczyzn, by oni topless nie łazili po plaży?” Więc pokazywanie cycków to niby końskie zaloty, ale w tym kontekście, biorąc pod uwagę, że w naszym kraju dochodzi do rozpraw za opalanie się topless, to już co innego. U nas panuje totalna hipokryzja.

Ola, ty miałaś moment zawahania z odsłonięciem piersi w telewizji.

AK: Nie wiedziałam, o co temu panu chodzi. On strasznie seplenił.

KW: Tam było sprzężenie zwrotne i czasami musiałyśmy prosić o powtórzenie. Potem to się sprawdziło, bo wstydzili się powtórzyć prośbę o pokazanie cycuszek. Zresztą stałyśmy z minami „daj mi kija do baseballa”.

AK: W tym programie nie rozbierałam się zbyt seksownie – jakbym była w szatni na basenie.

Bardzo się wstydziłyście?

KW: Najbardziej wstydziłam się podczas performance’u w Galerii XX1 na otwarciu wystawy „Dzień matki”. Z niewiadomych przyczyn znaleźli się tam obrońcy moralności pod postacią Młodzieży Wszechpolskiej. Ja śliniąca się, a oni plują mi w twarz: „Hej, ty suko, chodź ze mną na zaplecze, pokażę ci, co znaczy seks”. To było opresyjne.

Co czułyście? Wstyd, złość...?

KW: Pomieszanie różnych emocji. Z jednej strony masz w sobie takie zaparcie, że zrobię ten performance, „pokażę ci, chamie”, ale z drugiej strony była to sytuacja bardzo bliskiego kontaktu z publicznością, która się tam zebrała. Było bardzo dużo osób. W niektórych momentach łamano granicę prywatności 30 cm od ciała. Nie jesteśmy aż tak zapamiętanymi ekshibicjonistkami.

AK: To nie jest zresztą ten rodzaj ekshibicjonizmu, który polega na czerpaniu przyjemności z obnażania swego ciała.

Przyszło wam kiedyś do głowy, że tym razem to już naprawdę przesadziłyście?

AK: Nie. Czasami ogarnia mnie złość. Kilka dni temu wracałyśmy z Opola, wszystko mnie bolało i nie mogłam wręcz siedzieć, byłam zła na siebie. Pojawia się pytanie: po co to było? Ale jak ten ból przechodzi, to jest ok. Dużo ze sobą rozmawiamy przed performance’em, by się utwierdzić w tym, co zrobimy. Ale mnie to niepokoi, czasem zadaję sobie pytanie, co powoduje, że na własne życzenie możemy się tak traktować.

KW: Mamy w sobie pewne pokłady sadyzmu. Jest w tym sadyzm – Oli wobec mnie, mnie wobec Oli, ale także wobec publiczności. Ludzie oglądają to na żywo lub na ekranie telewizorów – czasami są postawieni wobec okrucieństwa. Sadyzm nie jest przyjemny, chyba że masz taką dyspozycję seksualną. Muszę mieć w sobie coś z sadystki, by móc Olę uderzyć. Chyba każdy to ma, tylko że...

AK: ...my to bierzemy do sztuki.

Posuwacie się coraz dalej?

AK: Nie jest tak, że za 15 lat będziemy musiały odcinać sobie palce, bo nic już nie będzie do zrobienia.

KW: Tak naprawdę jesteśmy normalnymi dziewczynami, lubimy chodzić na spacery, gotujemy zupę. Czasami jesteśmy romantyczne...

AK: Czasami sentymentalne.

Rozmawiał Karol Sienkiewicz.