23
kwietnia 2009 r. w zielonogórskim BWA otwarte zostały dwie wystawy.
Obiektywnie rzecz biorąc - przypadkowe spotkanie dwóch skrajnie
odmiennych sposobów podejścia do sztuki, zarówno jeśli chodzi o medium,
jak i generowane przezeń znaczenia. Dwie różne wystawy i dwie różne
osoby. Piotr Łakomy, zeszłoroczny absolwent malarstwa Wydziału
Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego i Wojciech Zamiara, znany i
doceniony artysta oraz wykładowca gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. To
nie jedyny kontrast tego nieplanowanego zestawienia, generalnie obie
prezentacje nie mają ze sobą wiele wspólnego. I właśnie ta oczywista
różnica staje się wartością, pozwalającą odbiorcy na konfrontację z
różnorodnością współczesnej sztuki, która znajduje swe źródło w
indywidualnych uwarunkowaniach. ‘Przypadkowe spotkanie’ odbywa się
jednak w nieprzypadkowej przestrzeni. Warto wspomnieć, iż Zamiara miał
okazję wystawiać w BWA wiele lat temu, w tej samej sali, w której teraz
debiutuje Łakomy. Początek drogi i specyficzne zatoczenie koła. Tu
jednak podobieństwa się kończą. Pozostają zaś najbardziej oczywiste
opozycje: młodość i dojrzałość, malarstwo i wideo, abstrakcja i
portret, uderzenie i kontemplacja, jasność i ciemność, życie i śmierć.
Shapes.
Realizacja Piotra Łakomego jest niezwykle oszczędna. Nie chodzi
bynajmniej o formę, ale o ilość wystawionych prac, co w pierwszej
chwili może zastanawiać. Bo dwie prace na pierwszą po dyplomie,
samodzielną wystawę to chyba trochę za mało. Tak wygląda to z
perspektywy szklanej ściany, która oddziela od korytarza galerii jasno
oświetloną salę, otwierającą się na przestrzeń miasta. Wieloboczna,
iskrząca różnymi odcieniami zieleni i błękitów forma z daleka przykuwa
wzrok. Malarska układanka – podobrazie składa się z wielu nałożonych na
siebie kształtów, co przywodzi na myśl prędzej abstrakcyjną rzeźbę, niż
obraz właśnie. A jednak, to ciągle jest malarstwo – w pozornie
bezładnych plamach kolorów i zasugerowanych zaledwie kształtach można
doszukiwać się elementów pejzażu. Co więcej – rozmontowawszy całość na
samodzielne fragmenty, można by było złożyć je na nowo, tworząc inną
formę nie ustępującą jednak jakością pierwotnej. Podobnie jak mur
z cegieł czy kamieni. Składany i rozkładany, przemieniany i
przemieszczany – tak samo znaczy i dzieli przestrzeń. Malarstwo
Łakomego wywodzi się bezpośrednio z doświadczeń street artu. Klucz ten
otwiera drogę do zrozumienia refleksji poszukującego malarza, który
jednak jednego jest pewien - zdecydowanie odrzuca ograniczenia medium.
Ta prezentacja to komunikat – jasna wypowiedź o tym, co artystę
interesuje a co nie. To swoisty autokomentarz. Jak pisze Wojciech
Kozłowski w tekście wprowadzającym do wystawy, przejście do tworzenia
prac przeznaczonych do wystawiania w galerii, niezwiązanych materialnie
z ulicą, nie równało się całkowitemu odejściu od grafitti. Wręcz
przeciwnie, gdyż zdaje się iż nie to, co zostało namalowane, ale
właśnie sposób tworzenia jest tu najistotniejszy. Podłoże
charakteryzuje różnorodność faktur, odsyłająca do zastanych w mieście
powierzchni, z którymi należy się po prostu zmierzyć – szybko i
skutecznie. W street arcie nie ma wiele miejsca na intelektualną
kalkulację czy budowanie filozofii. To strzał – w powierzchnię, w
przestrzeń, w widza. Galeria daje jednak inne możliwości, tutaj artysta
może powiedzieć więcej. W użytych kolorach ukrywa się owa niezwykle
istotna dla grafficiarzy widoczność, specyficzna dekoracyjność,
erudycja w uwodzeniu przypadkowo złapanego oka. Forma zdaje się w
niekontrolowany sposób rozrastać na powierzchnię białej ściany, która
tu, szczęśliwie dla Łakomego, nie jest elementem typowego white cube’u.
To, że sala otwiera się na zielonogórski deptak jest kolejnym trafionym
‘przypadkiem’, zbiegiem okoliczności, który w zetknięciu z tymi pracami
również staje się komunikatem i dopełnieniem. Twórczość ta nie jest
fizycznie zamknięta, łączy się zaś wizualnie z przestrzenią, z której
się genetycznie wywodzi. Oparty o ścianę obraz-rzeźba zdaje się pełznąć
w kierunku okna. Co z drugą z prac? Jest ona utrzymana w tej samej
konwencji co wyżej opisana, sposób jej prezentacji sprawia jednak, iż
staje się jej całkowitym zaprzeczeniem. Zamalowane grubą warstwą farby
elementy układanki spoczywają w sterylnej, białej skrzyni wystawowej.
Gdyby zawiesić ją na ścianie, całość przypominałaby modernistyczny
eksperyment z konstrukcją obrazu. Poziome ustawienie skrzyni czyni z
niej jednak zwyczajną gablotę, która staje się metaforą ograniczeń
tradycyjnego malarstwa. Z jednej strony nie pozwala ona obrazowi
wymknąć się poza ramę, z drugiej natomiast, przywodząc na myśl muzealne
prezentacje archeologicznych szczątków, sama w sobie konotuje
anachronizm. Dwie formy – teraz już w zupełności wystarczające. TAK i
NIE. Zasadzający się na buncie, choć przemyślany manifest młodego
artysty. A jak wiadomo, dobrze jest wiedzieć, czego się chce i poprzez
to wyznaczać sobie cele.
Patrzę.
Przejście
do dużej sali galerii zmusza odbiorcę do radykalnej zmiany perspektywy.
Oko dopasować się musi do panującej tu ciemności, rozświetlonej
jedynie poświatami padającymi z umieszczonych na ścianach ekranów
różnej wielkości. Z każdego z nich ktoś spogląda. Twarze, nie
zatrzymane jednak w nieruchomych kadrach, a filmowane statyczną kamerą
w rozciągniętym w czasie procesie obserwacji. Pośrodku sali umieszczono
wygodne miejsca do siedzenia – kanapy i materace, zachęcające do
konfrontacji z tymi uchwyconymi pomiędzy ruchem i bezruchem portretami.
Oni patrzą. W pierwszej chwili trudno oprzeć się wrażeniu bycia
pod ostrzałem spojrzeń. Jak na sądzie, specyficzna groteska zjawiska
przyglądania się, będącego tym samym oceną. Okropne uczucie, trudne
do wytrzymania. Warto jednak wytrzymać, gdyż po pewnym czasie, z perspektywy
miękkiego fotela uświadamiamy sobie, że nasze wyuczone przewrażliwienie
związane z poczuciem bycia oglądanym znów zaprowadziło nas w przysłowiowy
kozi róg. Chwilowe zatrzymanie się pozwala rzeczywiście otworzyć
oczy i dostrzec, że tak naprawdę to oni są przedmiotem oglądu.
Patrzę – mówi w tytule artysta. A portretowani, zamknięci w
kadrze niczym w klatce zmuszeni są wytrzymać to spojrzenie, które
przez to, że niczego nie wymaga, pozwala im się otworzyć. Za sprawą
tego niewymuszonego pozowania z osób tych wymyka się ukradkiem ich
prawdziwa natura. Niektórzy spoglądają w oko kamery pewnie i niemal
bez ruchu, dostojnie, niczym monarchowie ze starych obrazów. Inni są
wyraźnie zażenowani, wiercą się próbując jakoś znieść tę niewygodną
sytuację, którą jeszcze inni wyraźnie się bawią. Niektórzy przyjmują
pozy, jakby udając kogoś innego, na swój sposób przetwarzając widziane
już gdzieś schematy. A my stoimy na miejscu artysty, który tylko
wykonał za nas pewną robotę. Ostateczna konstatacja - to my jesteśmy
tymi, którzy obserwują i oceniają. Odbiorca w pewnym sensie odbija
się w tej karuzeli twarzy, doszukując się w niej swojego alter ego,
pewnego podobieństwa, chociażby w trudno definiowalnym, ale wyczuwalnym
wyraźnie sposobie patrzenia. Przyglądamy się jeszcze mocniej. Ta
pozornie szczęśliwa pozycja okazuje się jednak nie być w pełni
komfortową. Patrząc zniewalamy, robimy krzywdę. Aranżacja całości
pośrednio odsyła do modelu panoptikonu, projektu idealnego więzienia,
w którym narzędziem nadzoru jest właśnie wzrok – wzrok niewidoczny.
Tutaj widz staje się strażnikiem ukrytym w wieży przed tymi, których
ma obserwować. A oni, nie wiedząc czy właśnie patrzy, czy nie, nie
mogą pozwolić sobie na chwilę słabości. Podążając tym tropem,
wieżą zaś staje się w pewnym sensie artysta, który uosabia neutralne
patrzenie za przyzwoleniem – każda z osób zgodziła się bowiem
pozować do tego specyficznego portretu. Nie sądzili jednak chyba,
że efekt wygeneruje również inne, dość złowrogie skojarzenie.
Twarze na ekranach, filmowane na jednolitym, ciemnym, studyjnym tle,
przywodzą bowiem na myśl bardzo specyficzną i jedyną w swoim rodzaju
odmianę portretu – wizerunek trumienny. W sarmackiej Polsce służył
on upamiętnieniu zmarłego takim, jakim był, dlatego też przy tworzeniu
tego typu portretów unikano wszelkiej idealizacji modela. I, rzecz
najważniejsza, podczas malowania model ów był już martwy. Tutaj
mamy naturalnie do czynienia z postaciami żyjącymi, poruszającymi
się, szukającymi bądź unikającymi kontaktu wzrokowego z obserwatorem.
Czy jednak przeczuwają, iż uchwycenie ich wizerunku na taśmie filmowej
jest zatrzymaniem go, przynajmniej teoretycznie, na znacznie dłużej,
niż potrwa ich życie? Kto wie, może w przyszłości popularne dziś
zdjęcia na nagrobkach zastąpią właśnie takie projekcje? A może
pójdziemy jeszcze dalej, i nie ograniczając się wyłącznie do portretu
zaczniemy umieszczać w miejscu pochówku rodzinne filmy wideo, dokumentujące
życie zmarłego? Wojciech Zamiara, w pełni świadom wyrazu swego projektu,
zamierza go kontynuować w wielkiej skali, by – jak powiedział podczas
otwarcia wystawy – stworzyć swoisty „Polaków portret własny”.
Czy będzie to portret wieczny? Czas pokaże, choć biorąc pod uwagę
ulotność wizerunku na pewno tak. Czy jednak własny – to już zależy
od tego, kto będzie na niego patrzył.
Piotr Łakomy,
Shapes, 23.04-10.05.2009
Wojciech Zamiara,
Patrzę/Watching, 23.04 – 03.05.2009
BWA Zielona
Góra
Beata Jurkiewicz
|
|